Nie pamiętam już ile w życiu obejrzałem amerykańskich filmów o facetach którzy mieli dobrą pracę, byli przystojni i mieli kochającą, atrakcyjną partnerkę z utęsknieniem czekającą na oświadczyny. Faceci oczywiście nie mieli ochoty na ślub, lub w ogóle o tym nie myśleli, w końcu zostawali sami i dopiero wtedy dochodziła do nich świadomość co stracili i rozpoczynała się pogoń za utraconą kobietą. Dopiero po porzuceniu jak by to określiła nie jedna z pań dochodziło do przemiany małego chłopca w mężczyznę. Jak to na amerykańskie filmy przystało pogoń kończyła się zwykle odzyskaniem utraconej miłości ale w życiu przecież nie zawsze tak musi być. Zawsze się dziwiłem takim filmom, przecież to nie możliwe, to przecież w normalnym życiu się nie zdarza żeby porządny, zakochany facet miał problem z oświadczynami. Teraz jak problem dotknął mnie osobiście (tzn przystojny,dojrzały facet i kochająca go kobieta pragnąca legalizacji związku) inaczej oceniałbym takich facetów.
Swoją Natalię znam prawie 2 lata bez kilku dni. Mam już 29 lat i wydaję mi się, że już najwyższa pora na ożenek. Na początku jak byłem z Natalią to w ogóle nie myślałem o ożenku, cieszyłem się tylko z miłych spędzonych razem chwil, cieszyłem się, że mam osobę z którą mogę porozmawiać, pośmiać ,potrzymać za rękę. Natalii też było wtedy dobrze, choć od razu zaznaczyła, że spotyka się ze mną tylko pod warunkiem, że to nie jest zabawa i że coś więcej z tego może być. Oczywiście ja to rozumiałem doskonale, nie jestem oszustem ale nie myślałem o tego konsekwencjach, po prostu cieszyłem się, że było mi dobrze. Gdy po jakimś czasie Natalia najpierw podsuwała pomysł poznania swoich rodziców, a później, tak gdzieś po roku wspominała o wspólnym życiu, zamieszkaniu ze sobą to wpadłem w lekką panikę. Choć ją kochałem i chciałem z nią być to zadałem sobie pytanie " to już pora, nie za wcześnie?" Małżeństwo jawiło mi się jako same obowiązki, konieczność rezygnacji ze swojej wolności. Konieczność zmiany dopiero co ustabilizowanego życia, życia z którego dopiero co zacząłem korzystać po ukończeniu szkoły znalezieniu pracy gwarantującej utrzymanie i zdobyciu kobiety, z którą jestem wstanie wytrzymać, a nawet pokochać. Bałem się, czy jestem w stanie wziąć odpowiedzialność za drugiego człowieka, być zawsze dla niej wsparciem, w zdrowiu i chorobie utrzymywać ją, dbać o nią, być z nią już do końca życia choć jak każda kobieta, człowiek nie jest idealna i ma czasami ciężki charakter. Ciekawe czy ona też miała takie myśli? Kobiety nie zastanawiają się jak to będzie? do tej pory śmieszy mnie dowcip, że kobiety o przyszłości myślą tylko do ożenku a faceci zaczynają myśleć o przyszłości dopiero po ślubie. Oczywiście to tylko żart, a nie rzeczywistość ale coś w tym jest, że jakoś kobiety mniej się zastanawiają nad małżeństwem niż mężczyźni. Szybciej w tej kwestii podejmują decyzje.
Dziś już jestem po oświadczynach, Natalia przyjęła pierścionek już z pół roku temu. Mimo dalszych obaw o to czy nadaję się na męża oswoiłem się z myślą, że będę mężem Natalii i tak się pocieszam, że przecież nic się nie musi zmienić. Czemu miałoby się zmienić? Jesteśmy na etapie planowania ślubu i wesela i aktualnie mnie przeraża już tylko kołowrotek związany z tym dniem, tzn wynajęcie sali, zespołu, fotografa, kamerzysty. Przecież ja nie mam o tym pojęcia. Te wszystkie kwestie z załatwieniem i opłaceniem księdza, dylematem kogo zaprosić a kogo nie i tym podobne zmartwienia. Na szczęście wydaję mi się, że przynajmniej pieniędzy na ten cel nam wystarczy. Najbardziej się jednak boję, co będzie gdy po ślubie pojawi się dziecko. Wtedy dopiero utracę wolność. Dziecko dziś mi kojarzy się z brudnymi pieluchami, nie cichnącym wrzaskiem, chorobami i koniecznością podporządkowania wszystkiego tej nowej istocie łącznie z utratą wszystkich oszczędności. Stracę pieniądze, czas, który np mógłbym poświęcić na blogowanie, czytanie, pisanie, granie w swoją ulubioną grę i spanie no i już nigdy nie będę mógł czuć się spokojnie żyjąc zatroskany o swojego potomka. Wczoraj w pracy spotkałem jedna z pracownic pochwaliła się wyczynem swojego męża, który miał zawieść ich córkę na bal sylwestrowy. Ów mąż zapakował nową sukienkę księżniczki, butki, rajstopki do samochodu ale że popsuł mu się zamek centralny w samochodzie nie mógł go otworzyć. Czując, że nie zdąży dostarczyć córki na bal o czasie i widząc łzy w oczach córki wybił najpierw małą szybkę w samochodzie, wpełzał do środka wydobywając cenny kostium córki kalecząc się przy tym i plamiąc sukienkę własną krwią no ale jednak córkę dostarczył na bal o czasie, następnie zaprowadził samochód do mechanika a sam na piechotę wrócił do szkoły, żeby uwiecznić na kamerze jak jego córka świetnie się bawi, otoczona małymi adoratorami. Koleżanka była dumna z męża, chociaż ja bym tego nie zrobił dziś, ale jednak się boję, że mając własne dziecko będę stawiany przed tego typu zdarzeniami i co gorsza, że będę je podobnie rozwiązywał. No cóż mimo to chcę być ojcem, no bo jak to małżeństwo bez dziecka. Może jednak nie będzie tak źle.