sobota, 31 stycznia 2015

przygotowania do ślubu (wesela) czas zacząć - odcinek 1

Moim największym zmartwieniem a prawdę mówiąc zadaniem do odrobienia w dorosłym już życiu są przygotowania do ślubu i wesela. Dziś wydaję mi się, że jest to dla mnie rzecz najważniejsza poza koniecznością pracowania. Dlaczego miałbym się nie podzielić z czytelnikami swoimi myślami na różnych etapach przygotowania do tego "najcudowniejszego dnia w życiu"? W tamtym roku podjęliśmy z moją Natalią decyzję, że nie będziemy już więcej szukać innych partnerów i że spędzimy resztę życia razem odkładając konkrety do nowego roku. Pół roku minęło jak z pejcza strzelił i właśnie się obudziłem, że nie mam bladego pojęcia o przygotowaniach do ślubu. Jest tyle spraw do załatwienia: wynajęcie sali, wynajęcie grajków, kamerzysty i fotografa, opłacenie księdza, organisty i kościelnego, zadbanie o jedzenie,napoje i alkohol, wystrój. Trzeba sobie sprawić bajerancki uniform, żebym odróżniał się od innych gości weselnych. W ogóle tą listę trzeba ustalić, zaproszenia, obrączki, suknia ślubna. kierowcę limuzyny, autobus, pokoje dla gości. Wszystko musi być jak najlepszej jakości za akceptowalną cenę. Budżet na szczęście jakiś jest ale nie jest nieograniczony. Głowa od tego wszystkiego pęka. Przy tym wszystkim chciałbym wkomponować jakiś detale w to wszystko, które sprawiłyby, że nasz ślub i nasze wesele odróżniałoby się od innych wesel i ślubów. Na dziś przychodzi mi ekstrawagancki pierwszy taniec przy rockowym bądź metalowym kawałku, chór zamiast organisty na weselu, barman serwujący zamiast wódki delikatne drinki i może coś jeszcze by się znalazło. To wszystko nie jest takie proste a i jeszcze przypomniało mi się, że musimy zaliczyć nauki przedmałżeńskie, najlepiej żeby to nie były jakieś nudne pogadanki z księdzem proboszczem a nauki faktycznie nas przygotowujące do życia razem. Nie jest to wszystko takie proste jak chce się żeby ten dzień miał ręce i nogi. Także myślę, że cykl notek o przygotowaniach do ślubu może być dość ciekawy i przydatny. Może ktoś kto tego jeszcze nie przeżył czegoś się dowie a ktoś kto już to ma za sobą przypomni sobie jak to było.
Na dzień dzisiejszy mamy ustaloną wstępną liczbę gości do zaproszenia. Wyszło ok 130 osób z czego spodziewam, się, że przyjdzie ok 80 - 100 osób. Zobaczymy czy moje przewidywania się sprawdzą. Przygotowania postanowiliśmy zacząć od znalezienia sali  i ustalenia terminu. Wszystko inne będziemy dopasowywali do wybranej sali i terminu. Koleżanki w pracy mnie powiem brzydko popędzają, gdyż według nich często i dwa lata przed ślubem sale w najlepszych terminach są pozajmowane. To nie prawda. Wytypowaliśmy z Natalią 9 lokali ze Stalowej Woli i okolicy gdzie nasze wesele mogłoby się odbyć. Chociaż tak naprawdę bierzemy pod uwagę tylko 5 gdyż będziemy mieli gości z różnych części Polski i zależy nam na tym aby lokal miał miejsca noclegowe. Na szczęście każdy z lokali weselnych w okolicy ma stworzoną stronę internetową, chociaż po za zdjęciami ciężko doszukać się konkretów: np meni, wolne terminy, ceny. Obdzwoniłem wszystkie lokale i okazało się, że na sierpień 2016 r. w każdym lokalu są wolne terminy, niektóre są tylko sporadycznie zajęte. Więc miałem rację, że jeszcze na wszystko jest czas. Pytałem jeszcze tylko o ceny i trochę się zaskoczyłem. Ceny podane mi przez telefon wahają się w granicach od 100 do 150 zł od gościa i 50 - 70 zł za nocleg gościa. Wydaję mi się mało i zastanawiam się gdzie jest haczyk. Teraz pora na obejrzenie wszystkich lokali i wybranie konkretnego oraz ustalenie terminu. W tym jednak chciałbym żeby uczestniczyli nasi rodzice jako jednak bardziej już doświadczeni ludzie. Czas pokaże co z tego wyjdzie.

niedziela, 25 stycznia 2015

znienawidzone zawody - odcinek 1: urzędnicy

Od jakiegoś czasu kiełkował we mnie pomysł, żeby napisać notkę o jednym zawodzie, do którego bardzo jestem uprzedzony. Miałem zamiar napisać ostry paszkwil o osobach reprezentujących ten zawód, tzn o cechach charakteru tych osób, o ich stosunku do wykonywanej pracy, profesjonalizmie a raczej o jego braku.  Powiem szczerze, że kilku reprezentantów tego zawodu zrobiło na mnie bardzo złe wrażenie gdy akurat musiałem z nimi skrzyżować swoje sprawy życiowe. Po jakimś czasie jednak ochłonąłem i pomyślałem, że nie można wydawać osądów o całej populacji na podstawie kilku tylko przypadków. To byłoby niesprawiedliwe. Poza tym nie tylko ten zawód rodzi we mnie jakieś negatywne odczucia, zresztą i mój zawód zdaję sobie sprawę, że nie jest dość ciepło odbierany w społeczeństwie. Postanowiłem dość ryzykownie zrobić cykl notek o moich uprzedzeniach, negatywnych cechach przypisywanych reprezentantom innych profesji. Zdaję sobie sprawę, że ktoś może poczuć się urażony czytając tekst w którym negatywnie przedstawiana jest jego praca ale jak zwykle celem, do którego dążę pisząc swoje teksty jest dotarcie do prawdy, skorygowanie swoich błędnych wniosków jeżeli, ktoś mi to sensownie udowodni. Poza tym nie będę odnosił się do wszystkich tylko do tych czarnych owiec psujących opinię całej grupie zawodowej. Zacznę od siebie, żeby ktoś nie posądził mnie o nie dostrzeganie belki we własnym oku. No to jazda.
Urzędnicy - myślę, że mogę śmiało się zaliczyć do tej grupy, choć nie jestem faktycznie urzędnikiem lecz tylko pracownikiem urzędu. W potocznym znaczeniu tego słowa  mogę się nazwać jednak urzędnikiem. Pracuję w administracji publicznej i dostaję pieniądze z budżetu, do którego wpływają między innymi wasze podatki.  Cóż nam urzędnikom można zarzucić.
1/ W naszym kraju jest za dużo urzędników, którzy nas podatników za dużo kosztują.
 Nie znam dokładnych statystyk ale zgodzę się, że urzędników jest dużo w stosunku np do osób produkujących coś, świadczących usługi. Zgadzam się, że urzędników jest za dużo ale nie oceniałbym wszystkich tak samo, paru urzędników w kraju jednak bym zostawił, bez papierkowej roboty nie jest możliwe funkcjonowanie państwa. Nie można jednak wszystkich do jednego wora wrzucać. Co innego jest na prędko przygotowane jakieś stanowisko dla znajomego królika a co innego faktycznie potrzebna osoba do wykonania konkretnego zadania. Nie można też zapominać o tym, że czcigodnie panujący nam politycy są bardzo płodni jeżeli chodzi o nowe prawa, zmianę starych. To normalne, że jak tworzy się nowe przepisy to są potrzebne osoby, które przestrzegania tych przepisów będą pilnowały.
2/ Urzędnicze pensje są za duże, mają 13-tki, premie świąteczne i inne dodatki, których nie mają inni. 
To prawda mam pensję, zarabiam i mam te dodatki. Po raz kolejny jednak powiem, nie można wrzucać wszystkich do jednego wora. Niektórzy naprawdę z urzędniczych pensji dobrze żyją ale dodam też, że w moim urzędzie świeżo przyjęta osoba nie zarobi nawet 1500 zł na rękę.  O awansach i podwyżkach można zapomnieć. Gdybym mógł chętnie bym zrezygnował z tych 13-tek, i nagród by nikt nie mógł mi ich wypominać w zamian za normalną pensję. Dziś jest tak, że pracownik zwykłego sklepu może zarobić w 12-pensji co początkujący urzędnik w 13.
3/ Urzędnicy nic nie robią tylko piją kawę.
Różnie z tym bywa, akurat ja nie pije kawy. Co do pracy, dość często muszę zostawać po godzinach i nikt mi za to nie zwraca pieniędzy. Po prostu mam przydzielone obowiązki, które muszę wykonać choćby nie wiem co. Z drugiej strony pamiętam raz chamskie zachowanie urzędniczek stanu cywilnego gdy przyszedłem do nich po odpis aktu urodzenia o 7:40 gdy te pracowały od 7:30 a ja przeszkodziłem im w rozmowie gdyż czekać nie mogłem. Znam wiele innych przykładów na bezczynność urzędników i wy pewnie też. Brak zaangażowania w pracę to jednak nie tylko problem urzędników ale innych grup zawodowych również. 
4/ Urzędnicy są nie mili, krzyczą na petentów i nie rozwiązują ich problemów, tylko je mnożą. 
Nie ma co się czarować jak ktoś przychodzi do urzędu to dla urzędnika przeważnie oznacza to pracę. Urzędnicy różnie reagują, zwłaszcza jak petent nie chce się zastosować lub nie zgadza się z opinią urzędnika. Czasami gdy brakuje argumentów, ktoś próbuje podniesionym głosem czy swoją arogancją udowodnić racje. Z doświadczenia wiem, że tak robią przeważnie starsi pracownicy wywodzący się jeszcze ze starego systemu, chociaż robią też tak dlatego, że to działa. Urzędy się jednak powoli pod tym względem zmieniają.
5/ Urzędnicy są niekompetentni, sami nie wiedzą czego chcą, wydają sprzeczne ze sobą decyzje. 
To prawda. Sam widzę jak wiele nie wiem jeszcze rzeczy, które powinienem wiedzieć na swoim stanowisku pracy a których nie wiem. Niekompetencja wynika często z braku szkoleń. Po prostu niestety często urzędnik dostaje nowe zadanie do którego wykonywania nikt go nie przygotowuje Niekompetencja wynika też z zawiłych, ciągle zmieniających się przepisów. Czasami w jednym artykule przepisu prawnego można doszukiwać się kilku różnych znaczeń. Czasami też wynika ze złej woli urzędnika.
6/ Urzędnicy są skorumpowani, biorą łapówki. 
Nie spotkałem się z tym jeszcze, może za mała ze mnie płotka, tzn nie znam przypadków przyjęcia jakichś korzyści majątkowych w zamian za pozytywne załatwienie sprawy. Zdaję sobie jednak sprawę, że to bardzo poważny problem i że takie sytuacje mogą mieć  i pewnie mają miejsce. 
7/ W urzędach pracują same rodzinne klany. 
Dużo niestety w tym prawdy. Znam bardzo dużo takich przypadków. Dziś często jest tak, że w jednym urzędzie pracuje mąż, w innym pracuje żona a dziecko jeszcze bez licencjata wygrywa konkurencję o pracę z magistrem po praktykach nie raz z jakimś już doświadczeniem. Sam byłem na konkursach o pracę do urzędów gdzie raz z 30-tu osób nie znając nikogo po samym zachowaniu potrafiłem wskazać zwycięzcę innym razem młoda dziewczyna bezwstydnie przy mnie dzwoniła przed wejściem na rozmowę do męża mówiąc mu żeby przyszykował wino i kwiaty bo wygrała konkurs o pracę. Oczywiście wygrała. Nie jest tak jednak wszędzie i zawsze. W końcu udało mi się znaleźć pracę bez znajomości i to w urzędzie.
8/ Urzędnicy to zwykle służbiści, nie zadowolone z życia marudy ciągle marzące o rozkręceniu własnego biznesu.
Taki właśnie jestem ale tylko w pracy, po pracy wracam do realnego życia, a biznes może kiedyś uda mi się jakiś rozkręcić i będę mógł porzucić tą pracę urzędnika. Poza tym nigdy bardziej siebie nie akceptowałem niż teraz ale nie wiem czy to jest związane z pracą urzędnika, raczej chyba z tym, że sam już sobie radzę w życiu.
Cóż miałem sobie pojechać po bandzie ale bardziej się broniłem niż biłem po twarzy. No ale kto mnie obroni jak sam się nie obronię? Liczę jednak na ciekawe komentarze pod tekstem. Waszych zawodów już tak łagodne nie potraktuję jak swojego.
Na zdjęciu jedna z kilku ławeczek postawionych w odrestaurowanym parku w Stalowej Woli, za każdą urząd miasta zapłacił ok 10 tys zł. Ławki zbudowane są z kamiennej podstawy metalowych profili i drewna, czyli nie jest to złoto, srebro i drogie kamienie. Według mnie jest to symbol niegospodarności miejscowego urzędu miasta.

sobota, 17 stycznia 2015

budżet domowy: o skąpstwie, oszczędności, rozrzutności i inwestowaniu,

Przypomniało mi się dawne zadanie jakie dostałem na lekcji przedsiębiorczości, które miałem zrobić gdy byłem jeszcze w liceum. Zadanie polegało na tym, żeby podliczyć za ile pieniędzy jestem w stanie przeżyć przez miesiąc. Musiałem dokładnie wyliczyć ile bochenków chleba zjem, ile zużyje cukru, mąki, masła. Nie mogłem zapomnieć oczywiście o opłatach za media, drobnych przyjemnościach, no i ubraniach, lekach, nieprzewidzianych wydatkach. Po zrobieniu tego zadania doceniłem swoją matkę. Bo ja za tyle ile mama miała na utrzymanie siebie, mnie i mojego brata bym nie przeżył. Przyznam się, że wtedy nie byłem świadom ile kosztuje dokładnie cukier, mąka, ogólnie produkty spożywcze i ile ich zużywam w ciągu miesiąca. Zadanie musiałem robić z pomocą mamy. Wydaje mi się, że takie zadanie powinno robić się raz na rok w klasach gimnazjalnych i licealnych, gdzie młodzież nie pyta się skąd rodzice biorą pieniądze tylko chcą mieć nowy gadżet, ciuch czy pieniądze na rozrywkę.
Będąc w wieku licealnym byłem bardzo oszczędnym młodzieńcem. Nie piłem, nie paliłem, nie imprezowałem. Nie podążałem za aktualną modą, nie liczyła się dla mnie metka, wolałem kupić coś zawsze w klasycznym kroju, zresztą zostało mi to do dzisiaj. Nawet tak sobie wtedy mówiłem, że dziewczyny będę sobie szukał dopiero jak będę miał jakieś własne pieniądze. I tak właśnie było. Dopiero na studiach, gdy podjąłem się pierwszej zarobkowej pracy i zdobyłem pieniądze, zacząłem szukać szczęścia u kobiet, tzn kobiety już od podstawówki zaczęły interesować mnie bardziej niż sport jednak zacząłem myśleć o związku z kimś dopiero na studiach. Wiadomo, że związek kosztuje, wypada pójść do kina, dyskoteki, na lody a to wszystko przecież kosztuje. Moja oszczędność brała się z tego, że w domu się nie przelewało, niczego mi nie brakowało, rachunki były płacone regularnie, ale od śmierci ojca nie stać nas było na zbędne wydatki a raczej, stać było nas tylko na te niezbędne.
Do dziś mi ta moja oszczędność została. Nigdy nie brałem żadnej pożyczki, kredytu czym się szczycę. Po znalezieniu stałej pracy nie zacząłem jakoś więcej pieniędzy wydawać. Odkąd moja kieszeń stała się zasobniejsza zacząłem sobie pozwalać tylko na codzienne kupno słodyczy co niestety okazało się bardzo zgubne dla mojej sylwetki. Reszta pieniędzy zasilała stopniowo moje oszczędności w banku. 
Teraz jak jestem z Natalią zastanawiam się czy bardziej jestem oszczędny czy skąpy, a może ta moja oszczędność jest pozorna. Na jedne rzeczy nie wydaje nic a na inne wcale mi nie żal pieniędzy. Tak naprawdę nie szkoda mi pieniędzy na słodycze, tzn zawsze coś mam schowane na wieczór, na remonty, cieszy się moje serce i raduje jak widzę, gdy moja siedziba pięknieje no i oczywiście na moją Natalię. Natalia ma zupełnie inne podejście do pieniędzy niż ja. Chociaż nie powiedziałbym, że jest rozrzutna. Nie żąda ode mnie drogich prezentów, nie muszę jej zabierać do drogich miejsc. Tak naprawdę nie szkoda jej pieniędzy tylko na kosmetyki i książki. Czasami mnie irytuje ile wydaje pieniędzy, przeważnie swoich i w tym ostatnich zaskurniaków na kosmetyk czy nową książkę. No ale przecież każdemu z nas się coś od życia należy. Nie potrafię sam siebie ocenić czy jestem skąpy czy oszczędny. Nie potrafię jednoznacznie ocenić mojej Natalii. Z pewnością ja lepiej się czuję jak mam jakąś większą sumę na koncie na czarną godzinę, natomiast Natalia jest bardziej skłonna do inwestowania pieniędzy, bardziej skłonna do ryzyka. Pewnie nie raz moja Natalia w duchu sobie myśli o mnie jak o skąpcu gdy pytam o pochodzenie nowej książki lub kosmetyku widząc fakturę lub pudełko od kuriera. Z drugiej strony Natalia już mi zwróciła raz uwagę gdy według niej kupiłem za drogie spodnie i zwracała uwagę na bezcelowość kupna rowerów czy karty telewizyjnej. Budżet domowy to kolejny powód do kłótni i płaszczyzna gdzie każda ze stron związku musi iść bezwzględnie na jakieś ustępstwa co jest konieczne dla przetrwania związku jak powietrze jest potrzebne do oddychania.