sobota, 21 marca 2015

wyjazd w delegację

W mijającym tygodniu dane było mi pojechać na szkolenie z pracy do Muszyny. Miała jechać moja koleżanka z pokoju ale dzień przed wyjazdem okazało się, że jest chora i że chore ma również dziecko. Druga koleżanka która mogłaby jechać, czuła się  również niedysponowana więc padło na mnie. Zgodziłem się bez zastanawiania, głównie dlatego, że nie miałem ochoty robić swojej roboty i roboty tych chorych pań w tak gorącym okresie w moim urzędzie. Poza tym bardzo rzadko mam okazję jeździć na szkolenia, który mogłyby cokolwiek pomóc w moich urzędowych obowiązkach. Ponadto w pamięci miałem ubiegłoroczne 4-dniowe szkolenie w Krakowie, które było dla mnie bardziej wycieczką niż szkoleniem.
Miejsce szkolenia, Muszyna jest ośrodkiem sanatoryjnym położonym w górach bardzo blisko granicy ze Słowacją. W czasie mojego szkolenia gdzie nie gdzie leżały jeszcze resztki śniegu. Napiszę być może o Muszynie oddzielną notkę, dziś chciałem się skupić na istocie wyjazdów w delegacje.
Wiele mitów krąży o wyjazdach służbowych, szkoleniach, wyjazdach na konferencje. Powiem co myślę o tym wszystkim na podstawie własnego doświadczenia. Przyznam się, że nie jestem urodzonym turystą. Kilkugodzinne podróże męczą mnie okropnie, zwłaszcza, że na dłuższych trasach daje o sobie znać choroba lokomocyjna nie mówiąc o tym, że chyba każdy w podróży autobusem ma problemy z pełnym pęcherzem i brakiem możliwości jego wypróżnienia. Na szczęście jechałem samochodem z innymi osobami tylko 6 godzin co i tak mnie zmęczyło. Góry przywitały mnie niemiłą niespodzianką, bólem głowy i nawet na drugi dzień poszła mi gęsta krew z nosa za co chyba muszę winić ciśnienie, no bo co innego? Tak poza tym było ok, ładne widoki, dobre jedzenie, pokój dwuosobowy z łazienką, telewizorem i dostępem do internetu. Instytucja w której pracuje na co dzień nie jest zbyt przyjazna pracownikom ale jeżeli chodzi o szkolenia to muszę przyznać, że warunki zapewnia komfortowe. Szkolenie trwało ok 6 do 7 godzin dziennie ale w przerwie był obiad co trochę wydłużało cały dzień. Szkolenie co mnie zaskoczyło było bardzo przydatne w tym co robię, coś z niego wyniosłem chociaż dawno już straciłem złudzenia, że takie szkolenia mogą widocznie podnieść wiedzę pracownika. Po prostu jak ktoś się sam nie nauczy, to nikt mu do głowy wiedzy nie wklepie. Poza szkoleniem jak ktoś mógł zwrócić uwagę było dużo wolnego czasu. Każdy mógł robić co chciał, pić, uprawiać sex, zwiedzać czy wszystko to naraz. Takie pomysły przychodzą do głowy osobie, która nie ma pojęcia o takich wyjazdach. Moja Misia bez jakichś niepokojów puściła mnie w drogę, choć już na miejscu wkradał się jej w serce jakiś niepokój bo zarzucała mi, że nie tęsknię i że najwidoczniej się dobrze bawię bez niej. Prawda jest taka, że liczyłem, że będę sam w pokoju i że nadrobię to na co zwykle brakuje mi czasu tj czytanie, ćwiczenie, oglądanie telewizji. W pokoju jednak ze mną był inny facet, tradycyjnie zintegrowaliśmy się przy małej ilości alkoholu, porozmawialiśmy jak praca wygląda w naszych urzędach, ponarzekaliśmy i pośmialiśmy się z kierowników. Z braku zajęcia wychodziliśmy na Muszynę popatrzyć na krajobrazy i tamtejszych ludzi. I ot wszystko. Na szczęście ośrodek w którym byłem miał dodatkowe atrakcje takie jak bilard, piłkarzyki, siłownię, fotel do masażu i saunę oraz rowery do wypożyczenia. Nie powiem skorzystałem trochę, co dzień graliśmy z kolegą w bilard, wypróbowałem fotel masujący i pierwszy raz byłe w saunie. Sauna choć dość licha bardzo mi się spodobała. Po dwóch wieczorach w niej przyjechałem szczuplejszy o 2 kilo. Jeżeli ktoś przypuszcza, że na takich szkoleniach odbywają się cało nocne imprezy i dzikie harce to jest w błędzie. Wszyscy siedzieli w swoich pokojach, panie co najwyżej piły wino i po serialu w tv szły spać. Innych panów też nie było widać, tylko ja z kolegą kręciliśmy się jeszcze po ośrodku grając jeszcze po 23 w bilard. O seksie okazyjnym nie było mowy, wszyscy potrafili rozmawiać tylko o pracy. W innych tematach rozmowy się nie kleiły, może to dlatego, że każdy z panów nie był zbytnio atrakcyjny, brzuszki, siwe włosy, brak włosów itp, uczciwie jednak mówiąc paniom też daleko było do kobiet z wybiegu modelek. Także te wszystkie mity o lejącym się alkoholu i puszczających hamulcach moralnych na takich wyjazdach można włożyć między bajki. Co prawda w tamtym roku na szkoleniu udało mi się zaobserwować pozamałżeńską parę, którą podejrzewałem o to i o tamto ale to chyba tacy ludzie już byli. Może to taka urzędnicza natura, że się nic nie dzieje, może szkolenie trwało za krótko ale wszyscy byli bardzo grzeczni. I tak powinno być na szkoleniach według mnie. Na zdjęciu Muszyna z ruin zamku znajdującego się  na dość dużej górce.

niedziela, 15 marca 2015

życie z blogerką - część 2

Życie w związku chcąc czy nie chcąc powoduje, że w pewnym stopniu zmieniamy się pod wpływem tej drugiej osoby. Spędzam bardzo dużo czasu ze swoją Natalią i zaobserwowałem, że nie jestem już takim samym człowiekiem jak w czasach kiedy byłem wolny, kiedy byłem kawalerem. Mój tryb życia zmienił się bezpowrotnie. Nie pamiętam już na czym  traciłem czas będąc wolnym mężczyzną, pamiętam, że dużo czasu zajmowało mi szukanie tej jedynej, sporo traciłem czasu na internet (teraz też mi sporo zajmuje chociaż co innego w tym necie robię) i chyba więcej czasu przebywałem na świeżym powietrzu, spacerując, dłubiąc coś na podwórku na wsi czy graniu w piłkę, siatkę z innymi chłopakami. Dziś zmywam naczynia, czego mi moja mama w domu nie pozwalała robić nie mówiąc o próbach gotowania, do których Natalia mnie zachęca, choć nie zawsze chce jeść to co zrobię, ostatnio nawet myłem okno i zastanawiałem się co pomyślą sobie o mnie osoby obserwujące mnie z sąsiedniego bloku.Zmian jest bardzo dużo ale dziś wspomnę tylko o tych związanych z tym, że moja wybranka jest blogerką. 
Gdy poznałem swoją miłość była już blogerem ze sporym doświadczeniem, mnie w ogóle ta tematyka nie zajmowała, blog kojarzył mi się tylko z internetowym pamiętnikiem. Zaskoczeniem było dla mnie to, że blogi to nie tylko publiczne opowiadanie o swoich przeżyciach, uczuciach ale miejsce gdzie można robić bardzo wiele innych rzeczy, tworzyć i móc zainteresować swoją twórczością innych, inspirować opisując swoje doświadczenia, czy miejsce gdzie można prowadzić dysputy na każdy temat bez miarkowania się. 
Musiałem pogodzić się, że mojej Natalii co dzień potrzebny jest czas na tworzenie nowych notek oraz na przeglądanie i komentowanie innych blogerów. No cóż lepsze to niż miałaby oglądać w internecie zdjęcia nagich facetów, czatować czy szukać sposobu jak przedostać się do Syrii by swoim ciałem wspomóc państwo islamskie. Na szczęście moja Natalia tworzy notki jak automat nie to co ja, któremu napisanie tekstu początkowo zajmowało kilka godzin, choć i dziś nie schodzę poniżej godziny. 
Dzięki temu, że Natalia udziela się na tym portalu mogę bardziej zrozumieć co jej chodzi po głowie co jej się podoba a co nie, zresztą w ogóle dzięki blogowi mogę bardziej zrozumieć kobiety. Nigdy nie mam problemu z prezentem dla Niej, zawsze wiem, że odpowiednia będzie książka. 
Obserwując blogerski świat Natalii ze zdziwieniem odkryłem jak wiele osób może się zachwycać świecami i olejkami zapachowymi, kiedyś w mieszkaniu robiłem zdjęcia na dowód tego, że każdym pomieszczeniu mieszkania Natalii takie ustrojstwo się znajdowało i miało odpowiednie swoje miejsce. Nigdy nie zrozumiem tej mody. 
Gdyby oceniać czytelnictwo w Polsce obserwując tylko blogi okazałoby się, że w Polsce nie ma problemów z osobami nie czytającymi książek, lecz z osobami czytającymi nałogowo, do których zaliczyłbym moją Natalię. Zacząłem się zastanawiać czy zamiast akcji "52 książki w roku" nie zainicjować innej " Przeczytałeś dziś książkę to nie idę z Tobą do łóżka" albo wersja dla kobiet: " przeczytałaś dziś książkę - nie zmywam naczyń, okien cały tydzień a Ty myjesz podłogi i nie jedziemy do Twoich rodziców"
W moim wypadku to byłoby dość korzystne, bo moja luba zdecydowanie więcej czyta niż 52 książki w roku.  Ostatnio dowiedziałem się o czymś takim jak "kolorowanki dla dorosłych" o istnieniu czego wcześniej nie miałem świadomości. Teraz mam wymówkę gdy mnie nazywa dużym dzieckiem gdy gram w gry komputerowe bo wtedy jej odpowiadam, że ja gram a Ty bawisz się kolorowankami. Po raz kolejny się zaskoczyłem, gdy Natalia zrobiła konkurs na swoim blogu, gdzie do wygrania była taka kolorowanka i okazało się, że jest bardzo wiele kobiet zainteresowanych taką nagrodą. No cóż blogowy świat mojej Natalii bardzo mnie zaskakuje i co jakiś czas zadziwia. W sumie dzięki blogowi mój światopogląd się poszerzył dowiaduję się o rzeczach, zjawiskach o których nie miałem wcześniej pojęcia i powoduje, że szybko dowiaduję się o nowinkach. 
Oczywistym plusem jest to, że dzięki blogowi moja Natalia próbuje nowych smaków i robi dość często egzotyczne dla mnie potrawy, choć pod tym pojęciem rozumiem wszystko czego nie serwowano mi w domu rodzinnym. Do tych rarytasów zaliczyłbym: ciastka Sansy z Gry o Tron pieczone a raczej gotowane na wodzie, pastę słonecznikową, średniowieczne ciastka z jabłkami i cynamonem smażone na oleju, zupy krem z których najbardziej smakowała mi czosnkowa i dyniowa czy też pierogi z kaszą i boczkiem i serem. Niestety ostatnio Natalia dostała ogromną książkę z przepisami wegańskimi i zastanawiam się tylko, kiedy będzie chciała wykorzystać przepisy z niej. 
Moja Natalia prowadzi blog nastawiony częściowo na zarobek i o dziwo udaje czasami się jej coś z tego hobby mieć, co dla mnie jest zarobkiem w stylu "coś z niczego", ja zacząłem prowadzić swój blog by być bliżej niej, wspomóc ją ale z czasem odkryłem, że pisanie tu daje możliwość wygadania się czy możliwość prowadzenia rozmów z osobami o zupełnie innym światopoglądzie niż ja bez ryzyka, że obrażę czyjeś "ja", co sprawia mi przyjemność.
Tak odkryłem, że pianie na blogu może dać przyjemność samą w sobie.

niedziela, 8 marca 2015

Wyjaśnienia do cyklu "Znienawidzone zawody"

Po napisaniu ostatniej notki o nauczycielach czuję jakiś żal do siebie, że zbyt surowo potraktowałem zawód nauczyciela. Nie wspomniałem ani słowa o tym jak ciężką robotę robią i że są osoby wykonujące z pasją ten zawód a wręcz zanegowałem coś takiego jak "powołanie do pracy nauczyciela". Coś mi tu po prostu nie grało, czułem, że mogłem obrazić wszystkich nauczycieli zamiast tylko tych patologicznie podchodzących do swoich obowiązków. Ostateczną decyzję o napisaniu tej notki podjąłem po wizycie mnie i mojej Natalii u jej siostry, która ma 3-letniego chłopczyka oraz obejrzeniu z Natalią dwóch filmów: "Wishplash" - można powiedzieć o nauczycielu z powołaniem oraz "Bogowie" - o profesorze Relidze, który reprezentuje zawód, który zamierzałem i chyba zamierzam nadal obsmarować w kolejnej odsłonie "znienawidzonych zawodów". Oto wnioski do jakich doszedłem. 
Zawód nauczyciela, wciąż uważam za zbyt uprzywilejowany i finansowo i pod względem urlopów w stosunku do innych grup zawodowych. Choć są grupy, które mają jeszcze lepiej: politycy, pracownicy biur poselskich, pracownicy agencji rządowych, spółek różnorakich, które nie wiadomo czym się zajmują, artyści. Należy jednak pamiętać, że to odpowiedzialna praca. Chodzi przecież o kształtowanie umysłów naszych przyszłych pokoleń, które przecież trzeba nauczyć podstaw, trzeba nauczyć ich jak się uczyć. Nadal nie wierzę, że szkoła wychowuje dzieci ale ma inne równie ważne zadania: uczyć, pilnować żeby nasze pociechy się nie pozbijały i wskazywać prawidłowe wzorce postępowań. Nauczyciel ma być wzorcem moralnym takim jak ksiądz, bo choć on nie wychowuje naszych dzieci to nasze dzieci go obserwują i wyciągają wnioski. Jeżeli nauczyciel będzie pokazywał zmęczoną gębę, apatię, lenistwo albo gniew, krzyk, będzie niesprawiedliwy to nasze dziecko przecież może na tym tylko stracić co innego gdy nauczyciel będzie wkładał całą swoją energię w uczenie, nie będzie romansował z innymi nauczycielkami, nie będzie łapał za kolanka, będzie sprawiedliwie oceniał i umiał będzie sobie radzić z dziwnymi dla mnie nieraz zachowaniami nastolatków czy dzieci. Sam pamiętam swoich nauczycieli i choć oni mnie nie wychowywali to patrzyłem na nich jak się zachowują i porównywałem do siebie.
Nadal uważam, że nie ma czegoś takiego jak powołanie do pracy w szkole ale wierzę, że ludzie mogą z pasją i poświeceniem wykonywać ten zawód. Cykl moich notek "znienawidzone zawody" nie powstaje po to żeby stereotypowo oceniać daną grupę ludzi ale po to, żeby wskazywać nieprawidłowe zachowania, nadużycia, wiem, że są wspaniali nauczyciele ale wiem też, że od groma jest też tych złych nauczycieli, których trzeba napiętnować, nawrócić na właściwy tor, pokazać przecież my to wszystko widzimy drodzy panie i panowie. Po obejrzeniu "Bogów" zacząłem się zastanawiać czy ja taki "malutki" mogę wytykać cokolwiek ludziom, którzy robią tyle dobrego i o pracy których nie wiem wszystkiego. Doszedłem do wniosku, że jednak należy pokazywać te patologiczne zachowania pamiętając, że należy się szacunek ludziom wykonujący dany zawód. Toteż cykl o znienawidzonych zawodach będzie się nadal ukazywał, choć nie za często. Z pewnością jednym z takich zawodów wziętych przeze mnie na warsztat będą wkrótce zawody "lekarzy i pielęgniarek".