piątek, 6 marca 2015

Hey, 
z tej strony znowu Natalia:). Chcąc nieco rozluźnić atmosferę postanowiłam wrzucić notkę, która jest już u mnie na blogu, a którą chciałabym się podzielić również z Wami:). 

Zanim przejdę do rzeczy, to chciałabym Wam powiedzieć, że jeden "kolorowy trening antystresowy" możecie wygrać na moim FanPage: https://www.facebook.com/pages/M%C3%B3j-Portret/136063976509773


A teraz kilka słów o tym wynalazku...
Kiedy po raz pierwszy zetknęłam się z kolorowym treningiem antystresowym pomyślałam, że świat chyba oszalał, że dorośli ludzie rzucają się na coś co przede wszystkim interesuje małe dzieci. Kiedy zobaczyłam cenę (okładkowa 24,99; Aros - 17,49) stwierdziłam, że trzeba być idiotą, żeby kupić coś za taką kasę, co zabierze nam tylko kilka chwil. Jednak kiedy otrzymałam przesyłkę z dwoma wersjami tego treningu i nad nim przysiadłam zrozumiałam o co tyle szumu...już samo to, że nad jednym obrazkiem na całą stronę można spędzić ponad 5 godzin daje do myślenia;]


Jednak co jest takiego niezwykłego w tych niepozornych na pierwszy rzut oka publikacji? Otóż mogą nam się przysłużyć do kilku rzeczy, a mianowicie:
Walki ze stresem

Nie wiem jak Wy, ale ja kiedy przeżywam silny stres nie umiem skupić się na rzeczach, które wymagają ode mnie np. zapamiętywania, albo innego wysiłku intelektualnego. Dodatkowo zwykle nie mogę spać i jeść oraz bardzo łatwo się rozpraszam. Często też trzeba mówić do mnie po kilka razy, żeby dotarło;p. W sumie nie ma w tym nic dziwnego, bo te objawy są w standardowym zestawie objawów stresu, które wymienia chociażby M. Clayton w publikacji "Zarządzanie stresem. Czyli jak radzić sobie w trudnych sytuacjach", o której pewnie jeszcze wspomnę nie raz, ale to już nieco inna historia;)

Wracając do sedna. Kiedy już jestem w stresie mam problemy ze skupieniem się na rzeczach, które wymagają ode mnie wysiłku intelektualnego i nie śpię to zadziwiająco dobrym rozwiązaniem dla mnie jest powyższy trening antystresowy... oczywiście na tapetę idzie jedna z posiadanych przeze mnie wersji. Od momentu, w którym dostałam obie książki nie raz złapałam się na tym, że odlatuję, bo zajęcie, które wydawałoby się przeznaczone tylko i wyłącznie dla dzieci bardzo mnie wciągnęło. Paradoksalnie po jednym posiedzeniu, które zazwyczaj nie jest krótkie mam wrażenie, że automatycznie mózg zaczyna mi pracować inaczej...jakoś tak bardziej efektywnie? Biorąc pod uwagę, że takie treningi podobno wyrównują pracę półkul mózgowych coś w tym może być...




W każdym bądź razie po jednej takiej "sesji terapeutycznej" mam wrażenie, że mózg mi niesamowicie odpoczął.

Relaks i pobudzenie kreatywności

Moim zdaniem dowolny "Kolorowy trening antystresowy" jest idealnym rozwiązaniem np. na czas po sesji czy po innym wysiłku intelektualnym lub takim, które dostarczyło nam mnóstwa stresu. Będzie on również świetny w momencie, kiedy mieliśmy męczący dzień i zmęczenie oraz ewentualny stres chcemy po prostu z siebie spuścić. Genialny w towarzystwie ulubionej muzyki, lampki wina lub czegoś innego do picia;p. To, że chcemy sobie wcześniej lub później wziąć kąpiel nie wyklucza sięgnięcia po własnie te kolorowanki...one niestety uzależniają. 

Powyższy trening jest polecany nawet zamiast jogi, medytacji czy jakichś szczególnych terapii. Idealny w szczególności dla osób narażonych na stres. Poza relaksem one na prawdę pozwalają się oderwać od codziennych spraw i pobudzić kreatywność. Chociażby dlatego, że poza kolorowaniem mamy możliwość dorysować sobie w pewnych miejscach wzory, albo wręcz stworzyć coś własnego!

Idealne do pracy z osobami cierpiącymi na dysfunkcję...np. dysgrafię

Szkoda, że te treningi pojawiły się tak późno, bo wiele lat temu mogły być dla mnie niezłym ćwiczeniem, które pomogłoby mi w zmniejszeniu objawów dysgrafii...cóż widocznie przyszło mi to nadrobić teraz;). I myślę, że jeżeli pracowałabym w poradni pedagogiczno - psychologicznej z powodzeniem pracowałabym na tych materiałach i polecałabym je rodzicom do pracy z dzieckiem z dysgrafią. Moim zdaniem jest idealnym sposobem na "wyrobienie" sobie ręki.

Tygrys na początku malowania

To co mi zostało do pomalowania na pewno zajmie mi jeszcze ponad godzinę, a nawet pewnie ok. dwóch godz.;)

Powrót do formy po urazach ręki

Nie mam tu na myśli jakichś ciężkich urazów typu zerwanie mięśni czy chorób takich jak zanik mięśni. Jednak myślę, że np. kiedy mieliśmy gips na ręce to ten trening z powodzeniem pomoże nam szybciej wrócić do normalnego jej funkcjonowania. Pewnie w innych podobnych urazach też się sprawdzi. 

Te treningi okazały się na prawdę świetną rzeczą, która dostarczyła mi nie tylko dobrej zabawy, ale także pozwoliła się zrelaksować i oderwać od codziennych spraw. To niezwykłe jak szybko możemy się oderwać od rzeczywistości dzięki tym niepozornym kolorowankom... A wzory są na prawdę piękne już bez pokolorowania, a kiedy weźmiemy w rękę kredkę lub flamastra z każdą chwilą stają się bardziej wyraziste, a my bardziej zrelaksowani. Już wiem, że jest to rozrywka na wiele godzin, a pieniądze, które trzeba na nie wydać nie idą wcale w błoto...



Zapewne przede mną jeszcze wiele godzin zarówno z "Kolorowym treningiem antystresowym. Esy-floresy" jak również "Kolorowym treningiem antystresowym. Wzory i ornamenty". Niestety jeżeli chcecie się przyłożyć do tego jak trzeba to musicie kolorowanie małych elementów zajmie Wam bardzo dużo czasu, ale na pewno nie będzie to zmarnowany czas. 

wtorek, 3 marca 2015

znienawidzone zawody: nauczyciele - część druga

Pora na długo zapowiadany przeze mnie tekst dotyczący nauczycieli. Długo dojrzewałem do napisania tego posta, raz już miałem nawet przygotowany tekst ale zdecydowałem się go nie publikować bo wydał mi się zbyt ostry. Nie powiem, że nie jestem uprzedzony do nauczycieli, jestem i to bardzo, chociaż to uprzedzenie nie wzięło się znikąd. Długo wyrabiałem sobie swoje zdanie o gronie pedagogicznym, najpierw poznałem ich z perspektywy ucznia podstawówki później szkoły średniej. Następnie miałem do czynienia ze studentkami pedagogiki, z 3 nauczycielkami spotykałem się jakiś czas zanim poznałem moją Natalię, absolwentkę pedagogiki. Trochę styczności miałem z nauczycielami w roli petentów w urzędzie w którym pracuję. Dodam również, że moja przyszła teściowa również jest nauczycielem, uczy polskiego w gimnazjum. Także myślę, że mam spore doświadczenie w kontaktach z nauczycielami. Moje krytyczne uwagi co do pedagogów pracujących w zawodzie mogę podzielić na dwie kategorie. Pierwsza kategoria uwag to uwagi dotyczące ich uprzywilejowanej pozycji, druga kategoria dotyczy już charakteru typowego nauczyciela, z którymi miałem po wielokroć styczność. Swoje przemyślenia już tradycyjnie wyliczę w punktach tak chyba nie będę się nazbyt rozpisywał.
1/ Zarobki nauczycieli. Według mnie nauczyciele zarabiają bardzo dobre pieniądze w porównaniu do innych grup zawodowych choćby w porównaniu do urzędników. Jedna z nauczycielek z która się spotykałem już po pierwszym roku pracy zarabiała dwa razy lepiej niż ja w urzędzie, co prawda miała dodatkowe godziny na świetlicy ale i tak spędza mniej czasu w szkole niż ja ja w pracy. Inna nauczycielka - polonistka na pierwszym spotkaniu powiedziała mi, że muszę bardzo mało zarabiać pracując w urzędzie i zaczęła się chwalić swoimi tysiącami zarabianymi na 1,5 etatu w szkole, z poprawy prac maturalnych, korepetycji i pisanych uczniom koleżanki prac maturalnych z polskiego. Nie powiem ubodło mnie to, poczułem się jak żebrak. Toteż nerwica mnie bierze jak słyszę, że nauczyciele planują kolejny strajk, bo wydaje się im, że za mało zarabiają. Z drugiej strony kto bogatemu zabroni? Urzędnicy w końcu też by mogli postrajkować ale się boją nie tak jak nauczyciele. Więc w sumie może mamy za swoje.
2/ Czas pracy. Z tego co wiem nauczyciel spędza na lekcjach w normalnym czasie pracy 18 godzin tygodniowo, ma wolne ferie, wakacje, przerwę świąteczną, która ostatnio trwała 19 dni. Według mnie to nie sprawiedliwe wobec pozostałych pracujących.  No cóż to mnie denerwuje ale jeszcze bardziej wkurzają mnie tłumaczenia nauczycieli. Niektórzy z nauczycieli podają jakieś statystyki, że praca nie polega tylko na uczeniu ale jeszcze na spotykaniu się z rodzicami ( na przerwach między lekcjami lub dwa razy w semestrze na wywiadówce), poprawie prac uczniów, które niestety ponoć muszą robić w domu i ciągłym doszkalaniu czy pilnowaniu uczniów na wycieczkach. Niektórzy sugerują, że nauczyciele mają zakaz brania urlopu w czasie nauki, choć nie wiem jak było w waszym przypadku ale moi nauczyciele nieraz opuszczali zajęcia bo coś im wypadło choroba, pogrzeb czy coś tam. Zresztą w każdej innej pracy, jest problem z wzięciem urlopu kiedy się chce, zwłaszcza gdy jest natłok pracy. Nauczyciele zwykle mówią w takich wypadkach, gdy ktoś im wytyka lepsze warunki pracy " trzeba było zostać nauczycielem" ja w takich okolicznościach mówię " że lepiej wyrównać szanse i zobowiązać nauczycieli do 40 godz obowiązkowego przebywania w szkole żeby mieli czas na poprawy klasówek, szkolenia i spotkania z rodzicami oraz do pracy w wakacje i ferie gdzie udzielali by darmowych korepetycji" Często też słyszę "inaczej byś mówił gdyby Cię posadzić na lekcji w jakiejś tam klasie" ja mam odpowiedź taką, że owszem chętnie jeżeli nauczyciel w tym czasie ogarnie moją robotę w urzędzie i będzie udzielał odpowiedzi petentom. Podsumowując nauczyciele rażąco mało pracują, a ich tłumaczenia są śmieszne, nie trafiają do mnie, chociaż też bym się bronił gdyby ktoś chciał ograniczyć moje przywileje.
3/ mit, że nauczycielom należy się szacunek, że nauczyciele wychowują. Według mnie nauczycielom należy się szacunek ale nie większy niż mi, który przewalam sumiennie papiery w urzędzie czy sprzątaczce, która co dzień opróżnia mi kosz. To mit, że nauczyciele wychowują. Gdy jakiś uczeń coś przeskrobie szkoła i tak zwala winę na rodziców, że tak dziecko wychowali, że oni nie mają czasu wychowywać.
4/ poczucie wyższości. Mam uczucie, że nauczyciele mają jakieś poczucie wyższości w stosunku do innych grup tylko z tego powodu, że są nauczycielami, Wydaje im się, że są inteligentniejsi i mają prawo do pouczania wszystkich dookoła, tak jakby tylko oni pokończyli szkoły, studia. Kiedyś w pracy jedna nauczycielka próbowała mnie pouczać co do mojej pracy choć nie miała o temacie bladego pojęcia, próbowała coś wymóc krzykiem, straszeniem skargami, na końcu i tak musiała zrobić jak jej kazałem ale co usłyszałem to tego nie zapomnę. Chociaż z drugiej strony jakbym tyle pracował i tyle zarabiał to też bym chyba czuł się lepszy i udawał, że mam pojęcie o sprawach o których nie mam.
5/ imprezowy styl życia - to już moja bardzo subiektywna ocena i pewnie dotyczy tylko części nauczycieli. Według mnie nikt nie potrafi się tak bawić jak nauczyciele, mają mocne głowy bo lubią alkohol, często imprezują w swoim gronie, do tego jak nikt inny lubią podróżować, w sumie mają dużo czasu i pieniędzy to czemu nie. Każda nauczycielka, którą znam pasjonowała się podróżami, wycieczkami.
6/ nauczycielka jako kandydatka na żonę - odradzam każdemu mężczyźnie kobietę-nauczycielkę, będą oczekiwać wysokich zarobków, spędzania tyle czasu w domu co one, będą oczekiwać, że mężczyzna podporządkuje swoje życie ich pracy. Do tego według mnie nauczycielki są niestałe w uczuciach, ciągle szukają czegoś lepszego. Są rozwiązłe, przynajmniej te które znałem choć udają święte czyli na krótkie niezobowiązujące spotkania w sam raz ale jak na kandydatkę na żonę to wręcz przeciwnie.
Coś bym jeszcze o tych nauczycielach mógł powiedzieć ale już i tak podejrzewam, że spadną na mnie gromy w komentarzach. No cóż jestem otwarty na dyskusję. Być może nawet zmienię swoje poglądy a chciałbym choć nie sądzę.


niedziela, 1 marca 2015

kuluary pracy urzędnika - przepoczwarzanie się

Dziś miał być artykuł "Znienawidzone zawody cz. 2 - Nauczyciele" ale postanowiłem napisać o tym czym aktualnie żyję i to co mi chodzi teraz po głowie. Nie to,żebym miał odpuszczać nauczycielom, nie mam zamiaru. Ten tekst  ukaże się jednak dopiero w następnym poście mojego autorstwa. Dziś po prostu muszę napisać o kuluarach pracy w moim urzędzie i moim postępującym przepoczwarzaniu w typowego, sfrustrowanego pracą urzędnika. 
Pamiętam czas gdy przyjąłem się do pracy w urzędzie. W sumie to miała być już moja ostatnia próba znalezienia zatrudnienia w administracji publicznej. Po dwóch latach próbowania swoich sił w ustawianych konkursach gdzie o jedno pracy musiałem rywalizować z dziesiątkami  a czasem setkami ludzi podobnych do mnie zatrudnienie w moim urzędzie był dla mnie jak cud, jak jakaś Boska interwencja. Już szykowałem się do pracy w Niemczech przy krowach, opcjonalnie miałem już też bilet do Zgierza w celu odbycia wojskowej służby przygotowawczej. Zdecydowałem się jednak na urząd skoro już mi się udało. Początki były trudne. Pracy było dużo. Wcześniej nie wierzyłem, że urzędnicy mogą siedzieć po godzinach bo nie wyrabiają się z pracą. Z początku zostawałem często po godzinach chciałem dorównać innym pracownikom widząc jakie mam problemy z odnalezieniem się w urzędzie. Patrzyłem jak inni świetnie poruszają się w programach, procedurach co mi sprawiało dużą trudność. Dziś po 3,5 roku pracy w urzędzie myślę, że już sobie radzę całkiem nieźle i że coś o  pracy urzędnika potrafię powiedzieć. Wypunktuję moje spostrzeżenia bo tak będzie mi łatwiej.
1/ Papierologia - przejawia się np w tym, że rozpatrując jakiś dokument muszę go wprowadzić w kilka różnych rejestrów, mam dostęp do ok 20 programów komputerowych, każdy z innym hasłem dostępu a większość tych programów to i tak tylko programy do rejestracji spraw służących chyba tylko do tworzenia statystyk namnażających pracy a nie ją ułatwiających.Między innymi przez papierologię urzędnicy muszą siedzieć po godzinach choć tylu ich jest.
2/ statystyki - ministerstwo ocenia urząd w oparciu o statystyki, więc urząd pracuje tak, żeby statystyki były prawidłowe bo jak wiadomo statystyki można oszukać. Sprawą drugorzędną jest prawidłowe rozwiązanie sprawy.
3/ rzetelność i fachowość - pracując w urzędzie nie ma czasu na wertowanie przepisów, dokształcanie się, bo trzeba masowo załatwiać sprawy. W urzędzie wiedzę merytoryczną zdobywa się w dwojaki sposób od starszych pracowników tzn praktyczne podejście do sprawy bądź stykając się z problemem z którym do tej pory nikt nie miał styczności, bądź nikt nie potrafi powiedzieć jak prawidłowo rozwiązać problem. Wertować zmiany w przepisach i czytać fachową literaturę można ale po pracy - czego zwykle nie robię bo żyć też trzeba. Na samodokształacanie w pracy zwykle nie ma po prostu czasu. Owszem są szkolenia ale jest ich mało, zwykle nie są na nich rozwiązywane problemy i wątpliwości lecz polegają na suchym omówieniu przepisów. Zwykle dokształcam się stykając się z jakimś problemem bo już wtedy wyjścia nie mam. Czas oszczędzam poprzez unikanie papierologii gdy się tylko da choć jest to ryzykowne bo na podstawie statystyk jesteśmy oceniani.
4/ podział pracy - każdy pracownik ma przydzielone określone sprawy, w teorii jest to możliwe, w praktyce jest tak, że praca rozłożona jest bardzo nierównomiernie, ze względu na różnorodność wykonywanych czynności przez co nie można jednoznacznie porównać pracy jednego pracownika z drugim, obrazowo powiem tak, że u mnie w urzędzie jest kierownik mający pod sobą 40 osób i kierownik mający pod sobą 2 osoby, są osoby, które dzień w dzień siedzą po godzinach i osoby, które mają czas na pogaduszki, kawkę, ceremoniał z przygotowaniem sobie posiłku są i osoby, które non stop przebywają na wątpliwych zwolnieniach lekarskich a inni np mają problem z pójściem na 1 dzień urlopu.
5/ wynagrodzenia - zwykle to wygląda według schematu, że im dłużej pracujesz tym więcej zarabiasz, możesz robić to samo albo i obiektywnie więcej niż starszy pracownik ale i tak dostaniesz mniejszą pensję oraz premię. Nowo przyjęty pracownik może dostać ok 1600 zł na rękę z uwzględnieniem wszystkich dodatków co może być szokiem dla ambitnego człowieka po studiach. Starsi pracownicy zarabiają do góra 2500, 2800 zł. Nie mówię o kierownikach i innych zarządzających tym burdelem. trzeba dodać, że pensje pracowników są zamrożone i nie ma czegoś takiego jak podwyżki.
6/ awanse - wyższą rangę dostaje się czasem a i owszem ale nie raz bez dodatku finansowego, w ciągu 3,5 roku pracy miałem jeden awans i 100 zł podwyżki.
7/ ludzie - są przeróżni, wydaję mi się, że jednak wciąż pracują tam osoby trochę inteligentniejsze niż przeciętny kowalski, są i służbiści, którzy by karali za brak przecinka w tekście dokumentu i Ci dla których bardziej liczy człowiek, są ludzie, którzy kombinują jak by nic nie robić i zwalić pracę na innych ale są i Ci, którzy po prostu robią bez chwalenia się to co do nich należy. W moim urzędzie oczywiście przeważają kobiety w wieku od 30 do 50 lat. Osobiście wolę współpracować z facetami niż kobietami. Nie chodzą na lewe zwolnienia, nie trzeba ich zastępować jak dziecko jest chore czy jak jest w ciąży, nie wysługują się innymi facetami gdy trzeba przynieść papier do ksera, przesunąć biurko czy iść w teren. Kobiety po prostu uważają, że facet powinien więcej robić tylko dlatego, że jest facetem. Poza tym zauważyłem, że dla kobiet ważniejsze są formalności niż istota problemu. Wolę współpracować też z osobami młodszymi. Starsi po prostu kombinują jak zepchnąć swoje obowiązki na młodszych i często na nich zwalają winę jak coś nie pójdzie. Bardzo często za niepowodzenia obwiniany jest stażysta. Standard, stażysta źle wprowadził, źle zrobił ale nikt nie zauważa, że nikt go właściwie nie przeszkolił. Tu często muszę przyznać przydają się statystyki i formalności. Dzięki nim w miarę łatwo można sprawdzić kto co zrobił i dlaczego. Muszę przyznać, że starsi pracownicy zwykle mają większą wiedzę ale i tak wolę osoby w swoim wieku. Gdy coś idzie nie tak starsi jak ja to sobie mówię "żony lub córy byłych komunistów" zwalają winę na młodszych jak tylko mogą, często są też z kierownictwem na "Ty" przez co młodszy ma zwykle więcej roboty i więcej tej "odpowiedzialnej".
8/ plusy? - stabilna w miarę praca, w stabilnych w miarę godzinach i ze stabilną co miesiąc tą samą pensją.
Tekst napisałem pod wpływem rozgoryczenia gdy okazało się, że od kwietnia dostaję przydział kolejnej roboty choć już teraz nie daję zrobić wszystkiego tego co powinienem. Po prostu się wkurzyłem, że zarabiam mniej od innych a ciągle komuś ujmują pracy a mi dodają. Oczywiście jak coś nie zrobię w terminie albo źle to łatwo znajdzie się winny. Wcześniej nie narzekałem ale teraz albo osiągnąłem swoje maksimum wytrzymałości albo po prostu zaczynam zachowywać się jak rasowy sfrustrowany urzędnik. Sam w duchu sobie myślę, że w innym pokoju nie robią tyle co ja, ale wiem, i nie raz słyszę krzywdzące opinie o moim pokoju. Wiadomo, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Tyle, że mi nikt w moich zadaniach nie pomaga a na mnie co rusz są cedowane obowiązki innych osób bo nie wyrabiają bo chodzą jęczą do kierowniczki ze za dużo mają bo są na zwolnieniu i nie ma komu robić. 
Musiałem się wygadać, już mi lepiej. W takich chwilach jak ta uspokoić pomagają mi tylko dwie rzeczy: słodycze lub praca fizyczna. Dziś trochę pobiegałem, przyciąłem jabłonki w ogródku, umyłem okno w mieszkaniu Natalii. Była ładna pogoda, jest dobrze.